Tweety na temat @pzworgpl

Logowanie

0

NW czyli nocne wędkowanie.

 

NW – czyli nocne wędkowanie.

  

Gdzież nam dwom muszkieterom (trzeci wyjechał na delegację – powiedzmy, że do domu w Australii ) równać się z takimi rekordzistami w połowach ryb jakim jest Prezes koła PZW 126 Odra Kol. Zawistowski K. wraz ze swoimi synami : Arkiem i Mirkiem. Tu dodam, że szczęka mi opadła kiedy czytałem aktualności (Udany wypad na ryby) - okazy jakie złowili i ile ? – tylko pozazdrościć.

      Zależy jednak jak na to spojrzeć, bo chyba niekoniecznie sprawa przyjemności wędkowania zależy od wielkości i ilości złowionej rybki, ale także od emocji w jej łowieniu. W tym sezonie nie mam jeszcze żadnych sukcesów więc lubię przypominać sobie historyjki jakie przeżywałem w innych sezonach (kiedy teraz na bieżąco u mnie posucha). Niestety praca zawodowa ogranicza ilość moich wyjazdów na ryby - ale ile frajdy kiedy na każdy taki wypad czeka się z utęsknieniem.

Po ubiegłorocznym wyjazdowym wędkowaniu (poprzedni artykuł w aktualnościach – ww – czyli wyjazdowe wędkowanie) nie zasypaliśmy gruszek w popiele i jak wiadomo nasze hobby nie zna końca.

    Tu dopiszę jeszcze finał ww i dodam, że nasz planowany powrót z Dolnego Śląska znad jeziora Złotnickiego i Leśniańskiego został nieco przyśpieszony o dwa dni, z powodu braku wolnych miejsc w Złotym Potoku 21. Gospodyni ponoć zapomniała o aneksowaniu terminu rezerwacji?! Jednak my z Jurkiem nie mogliśmy sobie odpuścić aby nie łowić dalej i pojechaliśmy wprost nad zbiornik (nr wody 623) Rogal – Brudny zwany też przez niektórych wędkarzy „Zieloną Wodą” z racji koloru od ilości występujących tam glonów - zabrawszy uprzednio z domu namiocik i dokupując w drodze prowiantu. Dla uszczegółowienia dodam, że w/w zbiornik lokalizacyjnie jest położony obok zbiornika Horniok. Bywaliśmy już tam od czasu do czasu a zawsze wszędobylskie karaski umilały nam efekty łowienia.  

Jeśli się nie mylę był to piątek około południa kiedy wylądowaliśmy na brzegu zalewiska. Miejsc do wędkowania było do wyboru, bo godzina była jeszcze przed weekendowa, kiedy to bractwo moczykijów zaczyna zjeżdżać nad wodę. Wybraliśmy sobie dogodne miejsce i rozstawili swój sprzęt.

Tafla jeziora była jak lustro - nawet najmniejszej fali. Po poprzednich porażkach na Dolnym Śląsku byliśmy pewni, że na naszej wodzie będzie dużo więcej adrenaliny i na haku zawiśnie niejedna ryba. A tu -  kolejne rozczarowanie !

Najpierw łowiliśmy jak zawsze zgodnie z naszą tradycją tj. jedna wędka na grunt i drugi bat miał gromić rybią społeczność bliżej brzegu a tu cisza. Spławik na bacie nawet nie drgnął przez kilka kolejnych godzin pomimo zmieniania przynęty i sypania zanęty. Podobnie z gruntem. Ile włożyliśmy na hak i do koszyczków zanętowych to prawie tyle samo wracało do nas (nie licząc wypłukania koszyka).

W życiu nie widzieliśmy obydwaj takiej posuchy. A miało być tak pięknie? Chcieliśmy zrobić z tego wyjazdu nocną zasiadówkę ale mając na uwadze takie wspaniałe efekty łowienia – zwinęliśmy graty około 17 – tej i z kwaśnymi minami wrócili do domów.

Jednak jak zwykle nie poddajemy się tak łatwo i wracając już ustaliliśmy kolejny nocny wypad  aby odrobić tę rybią zniewagę.

Kolejny termin wyjazdu miał być w dwa tygodnie później także w czasie weekendu.  

Tym razem nie ryzykowaliśmy już łowienia na „Zielonej Wodzie” i pojechaliśmy kapkę dalej nad Horniok. Niestety pogoda była niezbyt ciekawa a i co lepsze miejsca były już pozajmowane. Trafiło nam się takie, na dosyć wysokim brzegu (miejsce karpiarzy) a że ziemia była trochę rozmoczona deszczem , to mieliśmy problem z bezpośrednim dojściem do wody i trzeba było bardzo uważać aby po czterech literach nie zjechać po tym błotku i dodatkowo nie zaliczyć jeszcze kąpieli w Hornioku.

W czasie rozpakowywania gratów nie padało, ale obawiając się kolejnych opadów deszczu rozstawiliśmy nasz duży parasol „Rumpol” i wstawili większość sprzętu pod jego dach. Założyliśmy też boczne osłony i zaciągnęli linki aby nie odfrunął nad wodę jako latawiec.  

 

 

 

 

Wypisaliśmy uprzednio rejestry połowu i heja ! – łowimy !. Nie było źle. Na hak poszły płotki, leszczyki, krąpie i wzdręgi. Prawie wszystko na bata – i prawie wszystko wróciło do mamusi bo szkoda nam było tej drobnicy. Jednak żadne rybiątko nie wróciło da nas z wypasionymi rodzicami. Może one same wyrosną kiedyś na większe sztuki ?

Z mojego plecaka (w czasie przerwy w wyciąganiu rybek) wyjąłem przy okazji swój prowiant w postaci kawałka zwyczajnej kiełbasy i kilku kromek chleba i wraz z termosem ułożyłem pod pobliskim drzewem zabezpieczając to wszystko reklamówką przed deszczem. Co jakiś czas odnosiłem dziwne wrażenie jakby mi ktoś rozpakowywał moje jedzonko ale nic nie wskazywało na to, że tak się dzieje. Do czasu. Kiedy zgłodniałem zabrałem swoją porcję, rozpakowuję -  patrzę zdziwiony a tam wielka dziura w aluminiowej folii jak po bombie no i nie ma już prawie pół kawałka kiełbasy. Chleb zawinięty w drugiej folii był nienaruszony. Herbatki też nikt nie wypił. Myślę – co za bydlę pozbawiło mnie jedzenia?

Postanowiłem to sprawdzić. Rozpakowałem tę resztkę kiełbasy i położyłem na folii w tym samym miejscu co poprzednio. Nie musiałem czekać zbyt długo. Trawa zaszeleściła nieco i na folię weszła całkiem niezłego rozmiaru polna mysza i dalej zajadać moją wędlinę. Musiałem darować temu skubańcowi, bo w sumie była to moja wina, że nie zabezpieczyłem sobie posiłku  przed taką ewentualnością. Mysza tak była pochłonięta jedzeniem, że kilka razy podchodziłem do niej bardzo blisko a ta nawet nie próbowała uciekać. Nie wiem tylko gdzie taki kawał kiełbasy się w tym myszowańcu zmieścił ? Widocznie miała jakiś pomocników do utylizacji tego wyrobu Pana Bergera i pewnie zaprosiła wszystkie z najbliższej okolicy.

Jak widać kiełbasa jego wyrobu cieszy się dobrą renomą nie tylko wśród nas – ludzi.  

Mnie został tylko suchy chleb ale z racji braku czosnku, tłuszczu i miski to nawet nie mogłem sobie zrobić naszej popularnej wodzionki.  No i była kuracja odchudzająca.

Jednak nie polowałem na myszy a łowiłem ryby więc wracam do tematu.

Do wieczora mieliśmy jeszcze sporo emocji i adrenaliny nam nie brakowało i to za każdym zanużeniem i wyłożeniem spławika. Nie było jednak większej rybki ale mniejsza o nią. Ciemniało i zaczęło mżyć a potem przeszedł drobny deszcz. Tu rozczarowanie z naszego parasola „Rumpol”. Pierwszy raz użyty przy deszczowej pogodzie już po pół godzinie zaczął przepuszczać wodę i kapało nam na głowy z każdego kawałka szwu z jego czaszy.

A miał być taki szczelny ? Co lepszy sprzęt musiałem dodatkowo zabezpieczać (pod parasolem o ironio losu) dużym workiem foliowym. Co do deszczu – to powiem, że na naszych gumowcach zrobiły nam się nieźle wielkie kalosze z błota i zeschniętej trawy i liści. Chyba każdy wie jaka to przyjemność chodzenia w takich butach typu nurek głębinowy.

 

     Powoli szykowaliśmy się do „nocki” uzbrajając gruntówki w sygnalizatory nocne i zabezpieczając podpórki przed wyrwaniem czy wywróceniem w razie mocniejszego brania.

Ja w tym czasie nie miałem jeszcze sygnalizatora elektronicznego i zabudowałem na stojaku pod wędkami sygnalizatorki własnego pomysłu i produkcji wykonane z plastikowych „piłeczek” po jajkach niespodziankach. Wewnątrz umieszczona dioda zasilana cienkimi przewodami z pobliskiej baterii a całość zawieszona na drucie z nierdzewki. To urządzenie miało po raz pierwszy przejść swój chrzest bojowy. Powiem tylko że egzamin został przez nie zaliczony.

Zabezpieczeni przed deszczem i zimnem nocy siedzieliśmy pod „Rumpolem” oczekując brania tej naszej wymarzonej rybki.  Deszcz znowu przeszedł w mżawkę i mniej już kapało nam na głowy pod przeciekającym parasolem. Ogólna cisza do godz. 23-ej. Kilka minut po tej godzinie u mnie na gruntówce podniosło się to podświetlane jajko tworząc z kijem kąt ok. 45 stopni i tak zostało. Branie czy nie branie znaczy, że coś pociągnęło ale słabo i bardzo powoli. Z Jurkiem zastanawiamy się co to za ptica bawi się moim zestawem. Zabawa w chowanego trwała prawie 25 minut a ja powoli traciłem już cierpliwość myśląc, że jakieś raczysko obżera robaka na  haczyku mojego zestawu. W ciągu tego czasu światełko diody wędrowało o maksimum kilka milimetrów – raz w górę a raz w dół. Jurek uspakajał mnie, że jeszcze nie czas na zacięcie i tym razem się nie pomylił. Moja cierpliwość dobiegała końca bo zastanawiałem się jak będzie wyglądała przynęta po takie półgodzinej zabawie powiedzmy z raczkiem a na dodatek zarzucanie na grunt kolejnej przynęty w ciemnościach nie zapowiadało się ciekawie!?

 

 

 

 

Jednak teraz wszystko potoczyło się dosyć szybko – najpierw bombka powędrowała o jakieś kolejne 15 stopni w górę aby za kilka sekund uderzyć mocno w wędzisko. Usłyszałem tylko od Jurka – tnij !

Tego nawet nie musiał mi mówić , bo byłem blisko wędki i za tym uderzeniem zaraz wykonałem zacięcie – no i …. To najlepsze : opór na wędce i walka z rybą rozpoczęta. Wg oporu wyczułem, że to nie płotka a coś większego ale też nie jakieś rybie monstrum.

Najpierw po ciemku prawie na oślep holowałem moją rybkę do siebie. Jurek już włączył latarkę i z brzegu świecił w wodę w miejsce przypuszczalnego lądowania. Szykował już także podbierak. Potem było tylko hasło – karp !. Sazan ? Łuski odbijały światło latarki i wyglądało to bardzo efektownie o tej porze. Nie było nawet czasu aby zejść bliżej wody ale długa sztyca podbieraka Jurka pomogła mi wpakować rybę w ten saczek. Wyciągam rybę na górę i patrzymy do środka siatki a tu łypie na nas oczami karasiątko a nie karp jakiego wcześniej się spodziewaliśmy. Karaś miał 37 cm długości i w tym kiepskim świetle latarki mógł uchodzić za karpia.

Pół godziny później u Jurka odezwał się sygnalizator i tym razem ja asystowałem mu przy  wyciąganiu jego zdobyczy. Leszcz miał 35cm i jak mówi zawsze Jurek – był jadowity (akurat na patelnię). Następne 15 minut przerwy i kolejne branie u Jurka. Też podobnie – tym razem patelniak miał 37cm i też powędrował do saka na rybki. Do rana nie mieliśmy już żadnych brań ale jak zwykle ten czas poświęciliśmy na rozmowy o wędkowaniu i sprzęcie. Około pierwszej w nocy z przeciwnej strony jeziorka rozległo się kilka strzałów z broni palnej i słychać było z oddali krzyk przerażonych ptaków. Co się tam działo – trudno nam powiedzieć bo zbyt daleko i zbyt ciemno ?  Natomiast byliśmy prawdopodobnie świadkami unicestwienia kaczuszki przez wodnego drapieżnika - suma. Co prawda nie widzieliśmy tej akcji na żywo ale efekty akustyczne były nader wyraźne i zgodne z tym co opisuję. Gdzieś blisko nas pływała kaczka i co jakąś chwilę sygnalizowała swoją obecność przysłowiowym – kwa ! , kwa !. W jakąś chwilę później to kwakanie stało się bardziej intensywne jakby ptak wyczuł jakieś zagrożenie. Woda zakotłowała się gdzieś w pobliżu naszego stanowiska i kaczka ucichła już na dobre. Próbowaliśmy ustalić to miejsce świecąc tam latarką ale nie było żadnego śladu po tej kaczej tragedii.

   Z każdą godziną coraz bardziej się rozwidniało a nad taflą wody zaczęła się unosić niezbyt gęsta mgła. Dzień zapowiadał się słoneczny i tym razem już bez opadów. Ze świtaniem zaczęły się brania. Jurek raz za razem wyciągał na swoim 8m bacie jakieś płotki i leszcze a u mnie na 6m – znowu posucha. W pasie zasięgu mojego bata żadnych brań – jakby ryby umówiły się i popłynęły dalej te kilka metrów. Znowu nie pomogła zmiana przynęty. Raz kukurydza , raz biały , raz czerwony i dalej nic. Z gruntu też nie mieliśmy już do końca żadnych brań.

 W sumie 1 duży karaś i dwa ładne leszcze ale ile frajdy !!!. Do naszych domów wróciliśmy około południa z tą niewielką zdobyczą ale pełni wrażeń po tej nocnej zasiadówce. Tych emocji nikt nam nie odbierze a możemy powiedzieć, że wypoczynek z wędką jest najwspanialszą formą rekreacji jaką preferujemy dla siebie.

 

Pozdrawiamy wszystkich kolegów od moczenia kija,

Jorg i Taita.